poniedziałek, 9 maja 2016

mess, z pewnością nie fashionable.

Wchodzę rano do salonu. Wczoraj wieczorem zdążyłam upchnąć zabawki w jedno miejsce, żeby można było poruszać się bez ryzyka złamania kopyta. Przynoszę pierworodną ze sobą, robię zrzut na dywan. I znowu się zaczyna, tona zabawek naokoło, ryzyko złamania kopyta plus dwieście. No nic, bawimy się.
I kiedy tak siedzę obok, patrzę, jak ta mała papuga powtarza wiele moich gestów, kiedy śmieje się, gdy robię jej inwazję buziakow, kiedy macha Tatusiowi papa na pozegnanie, kiedy wcina deser z owoców upaćkana po pachy, kiedy gluty kończącej się choroby wystają jeszcze z nosa, a pod nosem od rana przyklejony jest ten cudowny pięciozębny uśmiech, i kiedy na kolanach zmierza w moim kierunku na przytulanie - Boże, naprawdę nie miałam smialosci prosić o tyle szczęścia, a dostałam zyliard, pierdyliard hektolitrów czystej, pięknej miłości! I daje słowo, z nikim, ani z Jennifer Lopez, ani z Angelina Jolie, ani z Eva Mendez nie zamienilabym się swoim życiem nawet na chwilę. Teraz, kiedy tak siedzę obok i patrzę, widzę, krew z krwi, dołek w policzku w liczbie jeden dokladnie po tatusiu (na który NIGDY wcześniej nie zwróciłam u Niego uwagi), sterczące po dziadku włosy, moje miny, Jezusieńku, ależ ja jestem szczęśoliwa!


1 komentarz: